Hollywood coraz częściej zmienia bohaterów znanych historii
Hollywood od dawna zmienia książki, komiksy i znane historie na potrzeby kina. Skracane są wątki, łączone postacie, zmieniane zakończenia, a czasem również wygląd, pochodzenie czy płeć bohaterów.
Ale gdzie właściwie przebiega granica?
Czy jeśli studio kupuje prawa do znanej książki, zachowuje jej tytuł i wykorzystuje nazwiska bohaterów, powinno jednocześnie zachować ich podstawowe cechy?
A jeśli twórcy chcą stworzyć zupełnie inną wersję tej historii — dlaczego nie przedstawić jej jako reinterpretacji albo stworzyć nowego bohatera?
To pytanie jest znacznie ciekawsze niż sprowadzanie każdej dyskusji castingowej do oskarżeń o rasizm lub braku różnorodności.
Pierwowzór powinien mieć znaczenie
W przypadku adaptacji istnieje coś, czego nie ma przy tworzeniu zupełnie nowej historii: pierwowzór.
Czytelnik, który przez lata znał daną postać z książki, zazwyczaj ma już jej określony obraz.
Jeżeli autor wyraźnie opisuje bohatera jako wysokiego, rudowłosego, bladego, starszego, młodego czy pochodzącego z konkretnej kultury, te informacje są częścią stworzonej postaci.
Nie oznacza to, że aktor musi posiadać identyczne pochodzenie etniczne czy narodowość jak bohater.

Irlandzka, szkocka, polska czy amerykańska aktorka może wyglądać dokładnie tak, jak postać opisana przez autora. Najważniejsze jest wtedy to, czy na ekranie wiarygodnie przedstawia pierwowzór.
Pochodzenie samego aktora i wygląd fikcyjnej postaci to przecież dwie różne rzeczy.
Hugh Grant jako Oompa-Loompa pokazuje jeszcze inny problem
Stars Insider przypomniał niedawno kontrowersję dotyczącą obsadzenia Hugh Granta jako Oompa-Loompy w filmie „Wonka”.
Brytyjski aktor George Coppen, który ma karłowatość, zwracał uwagę, że aktorzy z tą cechą przez lata byli ograniczani do bardzo wąskiego zestawu ról, a teraz zaczynają tracić nawet część z nich.

To interesujący przypadek, ponieważ nie chodzi tutaj o zgodność koloru skóry z książką.
Chodzi o dostęp do pracy dla grupy aktorów, która już ma niewiele możliwości.
I właśnie dlatego każdą podobną sprawę warto analizować osobno, zamiast tworzyć jedną uniwersalną zasadę dla całego Hollywood.
„The Little Mermaid” i pytanie o fikcyjne postacie
Ogromną dyskusję wywołał wybór Halle Bailey do roli Ariel w disneyowskiej wersji „The Little Mermaid”.

Reżyser Rob Marshall mówił, że podczas castingu brano pod uwagę aktorki różnych grup etnicznych i że Bailey została wybrana ze względu na głos, talent oraz cechy potrzebne do zagrania Ariel.
Tutaj pojawia się jednak ciekawe pytanie dotyczące samej adaptacji.
Ariel jest syreną, czyli postacią fantastyczną. Jednocześnie widzowie znali ją wcześniej przez dekady z określonego wyglądu stworzonego przez Disneya.

Dlatego dwie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie: część ataków na Bailey miała charakter rasistowski, ale inni widzowie mogli po prostu oczekiwać, że remake będzie wizualnie przypominał znaną wcześniej wersję bohaterki.
Problem zaczyna się wtedy, gdy każdą krytykę zmiany wyglądu postaci automatycznie przypisuje się jednej z tych dwóch kategorii.
Anne Boleyn to zupełnie inny przypadek
Jeszcze bardziej skomplikowanym przykładem była Jodie Turner-Smith jako Anne Boleyn.
Tutaj nie chodziło już o postać fantastyczną ani nawet bohaterkę książki, lecz o realną osobę historyczną.

Twórcy Channel 5 świadomie zastosowali podejście określane jako „identity-conscious casting”. Casting director Kharmel Cochrane mówiła, że Turner-Smith została wybrana ze względu na cechy, które twórcy chcieli zobaczyć w swojej interpretacji Anne.
Serial od początku miał więc charakter reinterpretacji.
Można doceniać grę aktorki i jednocześnie zadawać pytanie, czy produkcja przedstawiająca autentyczną postać historyczną ma inne zobowiązania wobec rzeczywistości niż fantastyczny serial.
To nie jest to samo co obsadzanie syreny.
„Bridgerton” rozwiązał ten problem inaczej
Dobrym kontrprzykładem jest „Bridgerton”.
Serial nie próbuje przekonywać widza, że ogląda wierną rekonstrukcję historycznej Anglii.
Od początku tworzy własną, alternatywną rzeczywistość.

Shonda Rhimes otwarcie mówiła o świadomym tworzeniu wielokulturowego świata serialu. Badacze opisywali również casting „Bridgerton” nie jako przypadkowy color-blind casting, lecz celową próbę stworzenia innego modelu społeczeństwa w dramacie kostiumowym.
I to robi ogromną różnicę.
Twórca może zmienić praktycznie wszystko — pod warunkiem że widz rozumie, iż ogląda nową interpretację, a nie próbę wiernego odtworzenia rzeczywistości.
A co z produkcjami Tylera Perry’ego?
Ta dyskusja robi się jeszcze ciekawsza, gdy spojrzymy na kino tworzone przede wszystkim dla konkretnej społeczności.
Tyler Perry zbudował ogromną część swojej kariery na produkcjach z głównie czarną obsadą, często skupionych na afroamerykańskich rodzinach, kobietach, kościele i społecznościach.
I nie ma w tym automatycznie nic niewłaściwego.
Jeżeli historia opowiada o konkretnej społeczności, naturalne jest, że większość jej bohaterów może należeć właśnie do tej grupy.
Podobnie film o rodzinie mieszkającej w małej polskiej miejscowości nie musi sztucznie reprezentować każdej możliwej grupy etnicznej.

Pytanie brzmi więc: dlaczego w jednych produkcjach jednorodna obsada jest uznawana za naturalny element opowiadanej historii, podczas gdy w innych sam brak różnorodności staje się przedmiotem krytyki?
To znacznie ciekawsza rozmowa niż liczenie koloru skóry aktorów.
Reprezentacja nie powinna zastępować nowych historii
Jest jeszcze inne rozwiązanie, o którym mówi się zdecydowanie za mało.
Zamiast nieustannie zmieniać istniejących bohaterów, Hollywood może tworzyć nowych.
Gdy w 2021 roku Jodie Turner-Smith została Anne Boleyn, nawet jeden z komentarzy w „Guardianie” zwracał uwagę na ciekawą alternatywę: zamiast kolejny raz opowiadać historię jednej z najbardziej znanych angielskich królowych, można byłoby pokazać fascynujące historie prawdziwych niebiałych władczyń, których zachodnia publiczność praktycznie nie zna.
To argument wart uwagi.
Różnorodność nie musi oznaczać zmieniania istniejących europejskich bohaterów.
Może oznaczać poszerzenie repertuaru historii, które w ogóle dostają wielkie budżety.
A co, jeśli twórca chce całkowicie zmienić książkę?
Nie ma nic złego w eksperymentowaniu.
Można stworzyć czarnego Sherlocka Holmesa, kobiecą wersję Hamleta albo futurystycznego „Romea i Julii”.
Ale wtedy uczciwym rozwiązaniem może być jasne powiedzenie widzowi:
to jest jedynie reinterpretacja.
Jeszcze ciekawiej może być stworzyć zupełnie nowe dzieło inspirowane oryginałem.
Jeżeli zmieniamy wygląd bohaterów, ich osobowość, relacje, historię świata i znaczną część fabuły, w pewnym momencie warto zapytać:
co właściwie pozostało z książki poza jej tytułem?
Problemem nie jest różnorodność. Problemem może być brak konsekwencji
Nie chodzi o to, żeby każdy aktor mógł grać wyłącznie postać własnego pochodzenia.
Taka zasada byłaby absurdalnie ograniczająca dla aktorstwa.
Chodzi raczej o konsekwencję.
Jeżeli wierność reprezentacji ma znaczenie, powinna mieć znaczenie niezależnie od tego, której grupy dotyczy.
Jeżeli natomiast uznajemy, że artysta ma pełne prawo dowolnie reinterpretować bohaterów, ta sama swoboda powinna obowiązywać wszystkich twórców.
Najważniejsze może być więc nie pytanie:
„Jakiego koloru skóry jest aktor?”
ale:
„Jaką historię twórcy obiecali nam opowiedzieć?”
Jeżeli jest to wierna ekranizacja książki, pierwowzór powinien coś znaczyć.
Jeżeli jest to nowa interpretacja — świetnie. Ale być może warto jasno ją tak nazwać.
Bo różnorodność może wzbogacać kino bez konieczności udawania, że oryginalne historie nigdy nie miały określonych bohaterów.
Inspiracja do tematu: Stars Insider, „Hollywood’s most controversial movie castings”.
Dodatkowe źródła: wypowiedzi twórców „The Little Mermaid”; Channel 5 i wywiady dotyczące „Anne Boleyn”; Netflix i materiały dotyczące koncepcji castingu w „Bridgerton”; opracowania dotyczące twórczości Tylera Perry’ego.


