34 proc. Brytyjczyków uważa, że w Londynie istnieją „no-go zones”

Co trzeci Brytyjczyk wierzy w „strefy szariatu” w Londynie. Skąd bierze się to przekonanie? Trump mówi o „no-go zones”, mieszkańcy mówią o nożach i dzielnicach, których wolą unikać.

Nowe badanie King’s College London ponownie rozpaliło dyskusję o bezpieczeństwie brytyjskiej stolicy. 34 proc. respondentów uważa, że w Londynie istnieją miejsca, w których policja boi się interweniować, a niemuzułmanie nie czują się mile widziani lub swobodnie. Tylko nieznacznie więcej badanych — 36 proc. — zdecydowanie odrzuca taki obraz miasta.

London misperceptions: public often wrong on capital’s crime, quality of life, contribution to public finances and Muslim population | King’s College London

To właśnie podobne argumenty od lat podnosi Donald Trump, mówiąc o częściach Londynu jako o miejscach, w których wpływy islamu i problemy z bezpieczeństwem zaszły zbyt daleko.

Łatwo byłoby zakończyć dyskusję stwierdzeniem, że policja zaprzecza istnieniu formalnych „no-go zones”. Problem w tym, że dla wielu mieszkańców pytanie nie brzmi: „czy policja może tam wejść?”, lecz: „czy ja chcę tam chodzić wieczorem?”

I tu obraz staje się znacznie bardziej skomplikowany.

Pod artykułami dotyczącymi londyńskiej przestępczości regularnie pojawiają się komentarze osób opisujących kradzieże telefonów, rozboje, groźby nożem, bójki z użyciem maczet i dzielnice, w których zachowują większą ostrożność. Część komentujących podkreśla, że nie uważa takich miejsc za dosłowne strefy zamknięte dla policji, ale jednocześnie nie zgadza się z narracją, że obawy dotyczące bezpieczeństwa są jedynie efektem politycznej propagandy.

Szczególnie silne reakcje wywołują nagrania z brutalnych incydentów w biały dzień. W dyskusjach mieszkańcy pytają, dlaczego widok ludzi uzbrojonych w maczety lub duże noże miałby być traktowany jako coś, czym nie należy się przesadnie przejmować. Pojawia się też argument, że osoby mieszkające przez lata w trudniejszej okolicy mogą przyzwyczaić się do zachowań, które kogoś z zewnątrz natychmiast zaniepokoją.

To nie oznacza, że mieszkańcy takich dzielnic akceptują przemoc. Raczej pokazuje, że poczucie bezpieczeństwa jest względne. Dla jednej osoby głośna grupa na ulicy czy regularne interwencje policji mogą być częścią codzienności. Dla innej będą sygnałem, że okolica jest nieprzyjemna i lepiej jej unikać.

Dlatego samo słowo „no-go zone” może być mylące. Dla polityka może oznaczać miejsce, do którego policja rzekomo nie ma dostępu. Dla zwykłego mieszkańca „no-go” może znaczyć po prostu: nie chodzę tam sam wieczorem, bo nie czuję się komfortowo.

Londyn rzeczywiście ma realne problemy z przestępczością. Według danych ONS stolica odpowiada za znaczącą część przestępstw z użyciem noża w Anglii i Walii. Jednocześnie w ostatnim okresie liczba takich zdarzeń spadała. Oba fakty mogą być prawdziwe naraz: sytuacja może się statystycznie poprawiać, a poziom przemocy nadal pozostawać wystarczająco wysoki, aby mieszkańcy się nim przejmowali.

Podobnie jest z kradzieżami telefonów i rozbojami. To kategorie przestępczości, które szczególnie mocno wpływają na codzienne poczucie bezpieczeństwa, ponieważ często zdarzają się na ulicy i dotyczą przypadkowych przechodniów.

W komentarzach powtarza się również brak zaufania do oficjalnych komunikatów. Niektórzy mieszkańcy uważają, że władze zbyt szybko odpowiadają na krytykę miasta statystykami i zapewnieniami o poprawie, zamiast przyznać, że część dzielnic nadal ma poważne problemy.

To także warto brać pod uwagę.

Policja jest źródłem ogromnej części danych o przestępczości, ale jednocześnie jest instytucją publiczną, która prowadzi własną komunikację i musi dbać o zaufanie społeczne oraz reputację. Nie oznacza to, że policyjne statystyki są fałszywe, ale komunikaty prasowe policji nie powinny być jedyną podstawą oceny bezpieczeństwa miasta.

Podobne ograniczenia dotyczą sondaży. Badanie mówiące o 34 proc. opiera się na określonej próbie respondentów, która ma reprezentować całe społeczeństwo. Jest to standardowa metoda badawcza, ale wynik nadal pokazuje opinie wybranej grupy, a nie dosłowne zdanie każdego trzeciego mieszkańca Wielkiej Brytanii.

Dlatego dużo ciekawsze od samego procentu jest pytanie, dlaczego tak wiele osób jest gotowych uwierzyć, że pewne części Londynu wymknęły się spod kontroli.

Odpowiedź prawdopodobnie nie sprowadza się wyłącznie do Donalda Trumpa czy mediów społecznościowych.

Część ludzi widzi nagrania przemocy. Inni sami byli świadkami niebezpiecznych sytuacji. Jeszcze inni mają znajomych lub rodzinę mieszkającą w dzielnicach, w których zachowuje się większą ostrożność. Do tego dochodzą polityka, migracja, integracja, konflikty kulturowe i nieufność wobec instytucji.

Jednocześnie trzeba oddzielić te doświadczenia od bardziej skrajnego twierdzenia, że całe dzielnice Londynu zostały formalnie przejęte przez prawo szariatu.

W Wielkiej Brytanii działają rady szariackie zajmujące się niektórymi kwestiami religijnymi i rodzinnymi, ale nie zastępują one prawa Anglii i Walii. Nie ma również publicznie potwierdzonych obszarów Londynu, w których policja oficjalnie zrezygnowała z egzekwowania prawa.

Ale brak formalnej „strefy szariatu” nie oznacza automatycznie, że każda część miasta jest równie spokojna i przyjemna.

I właśnie ten środek często ginie w debacie.

Jedna strona przedstawia Londyn niemal jako miasto znajdujące się poza kontrolą. Druga odpowiada statystykami, jakby niepokój mieszkańców był wyłącznie efektem dezinformacji.

Tymczasem komentarze i doświadczenia ludzi również mają znaczenie. Nie zastępują statystyki, ale pokazują coś, czego sama tabela przestępczości nie mierzy dobrze: poczucie bezpieczeństwa, zmianę atmosfery ulicy i miejsca, których ludzie zaczynają świadomie unikać.

Dlatego bardziej uczciwe pytanie nie brzmi: „Czy Trump ma rację?”

Brzmi raczej: co sprawiło, że tak duża część Brytyjczyków uznaje jego opis Londynu za wiarygodny?

I odpowiedzi na to pytanie nie da się znaleźć wyłącznie w komunikacie policji ani w jednym sondażu.

Trzeba spojrzeć jednocześnie na statystyki, konkretne przestępstwa, różnice między dzielnicami i — być może przede wszystkim — na to, co mówią ludzie, którzy codziennie poruszają się po tych ulicach.

Sources: King’s College London • Office for National Statistics • Metropolitan Police • relacje prasowe dotyczące przestępczości w Londynie • komentarze mieszkańców w dyskusjach pod wiadomościami i na lokalnych forach.



Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *